Cicha noc, święta noc

Dla tych nielicznych osób, które czytają baziego bloga,
dla tych, co nie czytają
oraz dla tych, którzy zabłądzą tu przypadkiem:



Życzę Wam radosnych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia,
błogosławieństwa Bożej Dzieciny,
a w nadchodzącym roku wszelkiej pomyślności i spełnienia marzeń.

Bazylia

| 2011-12-23 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Emmenez-moi...

... au bout de la terre. Zanuciłabym, ale może lepiej oszczędźmy tego wszystkim.
Chodzi za mną ta piosenka od wczoraj.



Jak zacznę piosenek po francusku częściej słuchać to się może kiedyś nawet mówić nauczę. Chociaż to trudne, jeśli się nie jadło żab od urodzenia ;)

Bazylia

| 2011-11-23 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Piosenka na listopad

Nie jestem aktualnie ogarnięta na tyle, żeby napisać sensowną notkę, więc tylko piosenka.



Z weekendowej wizyty w domu przywiozłam fazę na francuskie piosenki. Ogólnie za tzw. piosenką francuską jako gatunkiem nie przepadam, ale Brel daje się słuchać. A Charles Aznavour jeszcze bardziej.

Listopad jest miesiącem do kitu, choć tegoroczny zdumiewająco ładny. Jednakowoż listopad w ogólności wyjątkowo nie sprzyja ogarnianiu się, bo optymalnym miejscem bytowania bazów w listopadzie jest łóżko, z książką oraz kawą/herbatą. Damn. Gdzież te piękne czasy... Za to kiedy nie muszę się ogarniać dokarmiam się książkami - nadal "Shardlake series" C.J. Sansoma, tom piąty, mniam.

Bazylia

| 2011-11-22 | skomentuj (2)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Nosferatu – symfonia grozy…

Spektakl w Teatrze Narodowym. Powiem tak: miałam lekkie obawy, idąc na to. Jak się okazało, niesłusznie – należało mieć, tak jak Vesper, poważne obawy.
Już na plakatach była informacja, że spektakl „inspirowany” powieścią Stokera, i samo to powinno było dać nam do myślenia, ponieważ z doświadczenia wiadomo, że wszelakie twory „na motywach” czy też „inspirowane” zazwyczaj mają z oryginałem wspólne jedynie imiona bohaterów. Można za to przeżyć zaskoczenie, bo pomimo znajomości oryginału nie wiadomo, jak się zakończy.
Na początek, bo o tym będzie krótko, wspomnę, co mi się podobało. Światło zrobione genialnie, bardzo malarsko, bardzo klimatycznie. W połączeniu z muzyką, też niezłą, dawało atmosferę rodem z książki. No i z pozytywów to by było na tyle.
Kostiumy, efekty specjalne, a przede wszystkim treść – jedyną moją reakcją było wielkie: WTF*?! Przeniesienie akcji do współczesności było pomysłem całkiem dobrym, i muszę przyznać, że spektakl miał ze dwa momenty, kiedy dostrzegłam jakiś cień potencjału. Generalnie nawet nie bardzo da się powiedzieć, że był przerost formy nad treścią… Dialogi, względem ilości, a już głębi przekazu zwłaszcza, inspirowane chyba filmami Hammera. Tylko że te filmy nie pretendowały do miana rozrywki ambitnej.
Tytułowy Nosferatu (czyt. Dracula) był zagraniczny, wobec czego kiedy się odezwał to nie wiedziałam, czy śmiać się, płakać, a może płakać ze śmiechu. Cofam wszystko co złe powiedziałam kiedykolwiek o angielskim w wykonaniu Beli Lugosi. Generalnie Nosferatu poruszał się jak zombie bardziej niż jak wąpierz – co samo w sobie nie byłoby takim złym pomysłem – jednak do tego miał, za przeproszeniem, mordę żula, i generalnie wyglądał jakby należało mu zrefundować szampon i może kawałek mydła.
Aktorstwa za bardzo nie stwierdzono, co przychodzi mi napisać z bólem, ponieważ poszłam m.in. w celu zobaczenia na żywo Jana Englerta i zawiodłam się bardzo. Okolicznością łagodzącą jest tylko fakt, że nie bardzo miał co grać. Jedyną osobą, której udało się zaprezentować jakiś w miarę sensowny poziom, był Jan Frycz w roli Van Helsinga – może dlatego, że Van Helsing miał nieco lepsze dialogi niż reszta obsady. Do tego dłużyzny straszne, także przez to, że duża część dialogów była totalnie drętwa, z kosmosu wzięta albo po prostu niczego nie wnosiła.
Zniesmaczyły mnie bardzo efekty (nie)specjalne w stylu Nosferatu rzygającego czerwoną farbą, czy też sekcja zwłok Lucy – goliznę mogli sobie darować, naprawdę. Nie takiego poziomu się spodziewałam po Narodowym.
Gdzieś w połowie spektaklu stwierdziłam, że właściwie brakuje tylko, żeby Lucy wszystkich wyssała do ostatniej kropli czerwonej farby, pozostawiając na scenie iście szekspirowską liczbę trupów. Wprawdzie nie zrobiła tego sama Lucy, bo z pomocą przyszli jej Nosferatu i Jonathan Harker (jeden z licznych tego wieczoru WTFów), w każdym bądź razie w końcówce na scenie pozostali jedynie Nosferatu i Van Helsing. A potem Nosferatu wyszedł przed okno, by – och, jak pięknie i dramatycznie, bleh – umrzeć na światło wschodzącego słońca.
Z dekoracji najbardziej rzucały się w oczy liczne butelki, w domyśle zawierające rozmaity alkohol. Mam wrażenie, że to taka podpowiedź od reżysera, że bez odpowiedniego stężenia we krwi to w ogóle człowieku do tego "dzieła" nie podchodź.
Podsumowując, jeśli umiera się z nudów i akurat ma się nadmiarowe 40zł (tyle kosztuje najtańszy bilet), to spektakl i tak można sobie darować. Zamiast tego lepiej zainwestować w jakąś nową książkę. „Nosferatu” był nawet bardziej traumatyczny niż „Dracula” Coppoli. I chyba jednak należałoby zaprzestać szukania w tej historii dziesiątego dna, ponieważ po znalezieniu drugiego, trzeciego i czwartego pozostaje pod spodem już tylko gruba warstwa mułu.

Generalnie zaczynam mieć poważne obawy, że jeszcze trochę a nie będzie już na co chodzić do teatru. Nowoczesne sztuki są nieoglądalne, w większości. Nowoczesne aranżacje klasyki, o ile słuchalne są nadal, to oglądalne także nie.

/* ang. what the fu-... tzn., co jest, do diaska?!/

Bazylia

| 2011-11-14 | skomentuj (1)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Uprasza się o kciuki.

W najbliższą środę, to jest 9. listopada, o 10.00.

A na marginesie muszę napisać że jestem zachwycona nowym odcinkiem Mentalisty. Jeden z lepszych w serii, i to nic że już w połowie zgadłam kto był mordercą bo nie o to w odcinku chodziło. I bardzo mi się podoba w jakim kierunku zmierza główny bohater. I w ogóle, zarówno od strony subiektywnego odbioru jako widz jak i od strony bardziej technicznej: napawam się naprawdę porządną robotą scenarzystów i reszty zespołu. Jeśli chodzi o scenariusz - jest pisany z niesamowitym wyczuciem - doskonale wiedzą, na ile odcinków typu "zapchajdziura" mogą sobie pozwolić, i kiedy nastąpi ten krytyczny moment kiedy widz straci cierpliwość i powie sobie "Dobra, jak w tym odcinku coś się nie zacznie dziać to przestaję oglądać". Zawsze wtedy zaczyna się dziać.

W planach kolejna recenzja, tym razem dla Kai - musical "The Secret Garden", jak się tylko zbiorę w sobie żeby jakoś sensownie zredagować to co naskrobałam na ten temat.

Bazylia

| 2011-11-07 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Nocia dla Tucia. Mentalista

Fajny serial. Naprawdę bardzo na poziomie pod każdym względem, i chyba jeden z lepszych jakie w ogóle oglądałam. Ostatni odcinek świetny, ale tego się widzom nie robi…
Akcja. Trzyma w napięciu, mniej lub bardziej, i w większości odcinków ciężko znaleźć sprawcę przed głównym bohaterem (Patrick Jane, zwany dalej PJ’em). Ale czasami da się, co zapewnia widzowi dawkę satysfakcji, i potem można wybaczyć głównemu bohaterowi, że zawsze on pierwszy znajduje sprawcę. Przy drugim sezonie nabiera się już intuicji, tzn. jak się poobserwuje trochę to da się zauważyć w serialu pewne prawidłowości, i czasem nawet zgadnąć co kombinuje PJ. Toż samo w sezonie trzecim, ale nadal są momenty, kiedy się człowiek zastanawia co też PJ kombinuje.
Bohaterowie. Mają wady – to bardzo, bardzo dobrze! Dobrze skonstruowany bohater musi mieć wady, amen. A poza tym dadzą się lubić. Miałam początkowo mieszane uczucia względem PJ’a – który jest bezczelny, cholernie pewny siebie i na dodatek jest showmanem, a czasem po prostu lubi się pobawić, tzn. momentami zachowuje się jak dziecko – ale na szczęście okazało się, że to nie wszystko. Na dodatek cała ta specyficzność ma swój urok, to znaczy ma na ekranie, i w dużej mierze serial „jedzie” na dobrze rozpisanej postaci głównego bohatera.
ALE: Ekipa śledcza cała ogólnie sympatyczna, wzajemne relacje zarysowane subtelnie, ale czytelnie, a dialogi… o dialogach zaraz. W drugim sezonie ekipa jeszcze się rozkręca, dodatkowo pojawiają się znajomi z przeszłości. W trzecim sezonie rozkręcanie trwa. Wielbię twórcę całego konceptu, scenarzystów oraz aktorów za wykreowanie takiej fajnej ekipy. A ekipa ma swoje małe i większe tajemnice, ale pomimo tego są ekipą, i naprawdę lubię ich wszystkich. Lisbon za to że jest konkretna i każdemu potrafi skopać tyłek, oraz za sposób w jaki wkurza się na Jane’a, Cho za jego poker-face’a i za to że zawsze siedzi z nosem w książce, Van Pelt w sumie nie wiem czemu, a Rigsby’ego dlatego że przypomina takiego dużego dobrego i ufnego psa (on robi czasem miny których inaczej się nie da opisać).
Dialogi. Generalnie są po prostu ok, ale niektóre teksty powalają. Najbardziej teksty PJ’a, który ma tendencję do zadawania w trakcie śledztwa pytań zupełnie z kosmosu, które potem okazują się mieć głębszy sens… no, prawie zawsze ;) Na drugim miejscu chyba Rigsby, który jest chodzącym elementem komicznym. Nie,  poprawka. Cała ekipa ma dobre odzywki. Uwielbiam też teksty Lisbon, zwłaszcza jak w drugim sezonie zaczęła powtarzać PJ’owi żeby się zamknął. Oprócz wesołych tekstów i elementów komicznych, które są zawsze na właściwym miejscu, dobre są też dialogi o poważniejszych rzeczach dotyczących bohaterów, czasem wtrącane tak mimochodem.
I jeszcze loffciam za cytat z Gwiezdnych Wojen jaki był w trzecim sezonie. Gwiezdne Wojny w wykonaniu Jane’a… Zaraz! Chwila! To przecież ma głęboki sens :D
Ogólna konstrukcja serialu. Świetna. Pierwszy odcinek wciąga od razu. W drugim widz się zastanawia kiedy się rozkręci główny wątek, to samo w trzecim-… I dokładnie w momencie, kiedy już się traci cierpliwość, wrzucone jest parę odcinków z klimatycznymi, trzymającymi w napięciu wątkami pobocznymi. A około połowy sezonu powraca wątek główny. Potem tempo akcji znów trochę spada, za to w międzyczasie dowiadujemy się więcej o głównym bohaterze, i w odcinkach gdzie śledztwo jest mniej ciekawe z reguły więcej jest pokazanych relacji bohaterów. A ostatni odcinek trzyma w napięciu do samego końca :)
Drugi sezon też na poziomie, trzeci również, i w trzecim w tle właściwie sporo jest wątku głównego. Niestety również w trzecim sezonie jest też najnudniejszy odcinek całego serialu. Obejrzałam do połowy, a drugą połowę próbowałam oglądać chyba trzy razy; w końcu się udało.
Polecam spróbować, dobry serial zwłaszcza na wakacje. Polecam też oglądać jedną konkretną wersję, bo jak po pierwszym sezonie gdzie tłumaczenie było „Czerwony John” w drugim nagle lektor wyjechał z „Czerwonym Jasiem” to mi średnio pasowało. Rozumiem, czemu takie tłumaczenie, zresztą w zestawieniu ze znakiem firmowym tego pana oraz jego profesją to jeszcze potęguje klimat postaci… Ale jednak przeszkadza. Dlatego radzę całość oglądać w jednej, spójnej wersji.
Na koniec daję serialowi bazi znak jakości :) Polecam też w miarę możliwości oglądać w towarzystwie, bo bez dzielenia się teoriami dotyczącymi tego kto i dlaczego zabił, oraz kim jest Czerwony John i o co w ogóle chodzi w tej historii – krótko mówiąc bez dzielenia się rozmaitymi teoriami to już nie to samo.
Nas z Fifi troszkę poniosło przy teoriach, przyznaję ^^
Sezon czwarty rozpoczął się bardzo przyzwoicie. Bez fajerwerków, i właściwie można było się domyślić głównej niespodzianki sezonu, ale nie mam uwag. Trzeci sezon ustawił poprzeczkę bardzo wysoko i jak na razie czwarty sezon zapowiada się dobrze.
… ale jeden odcinek tygodniowo to jakaś masakra…

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Pasek kulturalny:
Czytam: Sovereign - C.J. Sansom
Słucham: Bernard Ładysz*
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

/* niesamowity głos, można znaleźć na youtubie, polecam/

Bazylia

| 2011-11-01 | skomentuj (2)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Uff. Jednak nie zeżarło.

Blogasek po prostu przeżywał emo chwile i postanowił się trochę pociąć. Ale widocznie mu przeszło i już działa.

Rozważam otwarcie czegoś tylko z recenzjami. Nie wiem, czuję jakąś wewnętrzną potrzebę podzielenia się ze światem fajnymi rzeczami, które można tu i ówdzie znaleźć :) No i - im więcej mam do napisania tego, co napisać muszę (w tej czy innej formie), tym bardziej mam chęć pisać równolegle coś, czego nie muszę. Tak jak czytanie - ile razy w sesji musiałam siedzieć z książką/ kserówkami, później w ramach odpoczynku brałam w łapę inną książkę. Chyba żeby mi się traumatyczne skojarzenia nie wykształciły względem pisania i czytania. No w każdym razie na razie się ograniczam.
A może by tak blogaska po angielsku, będzie dwa w jednym...
Rozumiecie, padło mi na mózg. (Ale to już dawno.)

Newsy książkowe: prawie skompletowałam moją ostatnio-wymarzoną serię kryminałów z prawnikiem w Anglii Tudorów, brakuje już tylko jednego tomu. Absolutnie loffciam American Bookstore ^^ Chwilowo, biorąc pod uwagę wszystko co przywiozłam z wakacji oraz to, co mi się wala po półkach już od dłuższego czasu, jestem zaopatrzona czytelniczo do końca roku. Akademickiego. Chociaż biorąc pod uwagę, że wśród tych książek (same anglojęzyczne) znajduje się sporo Tolkiena oraz Mallory, to może jednak na dłużej nawet jestem zaopatrzona. Co zapewne i tak nie powstrzyma mnie przed kolejnymi zakupami. Mogę jeść słodycze bardzo sporadycznie, mogę nie pójść do kina, ale jeśli chodzi o książki jestem masakrycznym chomikiem. Nie potrafię z biblioteki wziąć, muszę mieć własne - takie My Preciousss.
Czytanie po angielsku to w ogóle jest cudowna i genialna rzecz. Jest o *tyle* więcej książek do wyboru ^^

Bazylia

| 2011-10-10 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Nienasycony blog.

Blog.pl, znaczy się. Zeżarło mi dwie notki, tyle tylko, że kiedy w spisie notek na panelu administracyjnym są. Niektóre tagi zeżarło również. Mam nadzieję, że wróci do normy. Nie chce mi się użerać z pomocą techniczną. A przeprowadzać bloga - po tylu latach; i nic to, że czytuje go zaledwie parę osób - ale przeprowadzać się szkoda by było.

Bazylia

| 2011-10-09 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Nauka francuskiego boli.

A nawet bolly. Słówka masakrycznie powoli wchodzą do głowy, odmiana czasowników zwłaszcza, za to wyparowują z prędkością światła niemalże. Spieszę również z wyjaśnieniem, że zupełnie nie rozumiem mitu, jakoby francuski był jakimś wyjątkowo "sexy" językiem. *Nie* jest. Jest za to niesamowicie śmieszny. Jak dotąd absolutnym numerem jeden było "nous nous habillons" ("ubieramy się"), czytane mniej więcej jako: "nu nu zabiją".

Ach, gdzie te czasy, kiedy angielski jakoś sam wchodził. Jeśli idzie o czystą teorię, to za wiele już z gramatyki nie pamiętam - aczkolwiek to jest tylko kwestia przypomnienia sobie. Natomiast z powodzeniem tej gramatyki używam, na ogół bez zastanawiania się czy tak to powinno być. (Najlepsze, że póki się nie zastanawiam, nie robię błędów.)
Z perspektywy czasu jestem rodzicom niesamowicie wdzięczna, że wpadli na pomysł ganiania mnie na inglisz od początku podstawówki, a nawet i w przedszkolu na jakieś zajęcia, które się tam odbywały. Angielski wprawdzie zawsze będzie tym drugim językiem, ale dzięki temu że uczę się go od zawsze jestem w stanie płynnie w tym języku myśleć, płynnie w nim pisać (i to podobno całkiem nieźle), z mówieniem pewnie byłoby ciutkę gorzej bo dawno nie spikałam do nikogo to umiejętności zardzewiały troszkę. A, tak, i czytać też właściwie mogę wszystko jak leci, z wyłączeniem literatury mocno specjalistycznej - chociaż to byłaby kwestia obczajenia słownictwa.
Najlepsze w całej przygodzie z ingliszem jest to, że po prostu bardzo polubiłam ten język, i czytanie, pisanie i wszelkie inne babranie się w angielskim nadal sprawia mi po prostu niesamowity fun. Wyłączając literaturę naukową, ale ona jest ciężkostrawna z definicji, nie z powodu bycia w obcym języku. A, tak, jeszcze z powodu braku specjalistycznego słownika.

Bazylia

| 2011-10-08 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Drogi sąsiedzie z góry,

dziękuję ci serdecznie za kolejną imprezę disco akurat wtedy, kiedy mam coś do zrobienia. Uroczyście obiecuję ci, że jeśli tylko w końcu dorwę płytę z South Pacific bardzo chętnie podzielę się z tobą swoją muzyką.
Z wyrazami szacunku,
Bazylia

Żeby chociaż sąsiad czegoś normalnego słuchał, a nie tylko umc-umc w różnych odmianach -.-
Ale lepiej niech sąsiad się modli o ten mój SP, bo w przeciwnym razie gotowa jestem włączyć mu Wagnera. Karłowicz niestety za słabo się niesie. O, albo Bach, będzie przyjemne z pożytecznym.

Bazylia

| 2011-10-08 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Ultraviolet. Serial, który ssał

Rok produkcji 1998, i już na pierwszy rzut oka Ultraviolet bardzo się różni od współczesnych seriali. Ogólnie po pierwszym rzucie oka wrażenia miałam takie, że obejrzałam całość przewijając. Wrażenia po oglądaniu przewijanym były naprawdę bardzo nieciekawe.
ALE. Po obejrzeniu Bastionu (na podstawie prozy Kinga), datowanego na rok 1994, gdzie akcja pełzła sobie niespiesznie we właściwym kierunku, i gdzie w ogóle mi to nie przeszkadzało, oraz po odświeżeniu fragmentów Babylon 5, gdzie akcja też właściwie rozwija się dość spokojnie, postanowiłam dać Ultravioletowi drugą szansę.
Okazało się, że słusznie. To jest serial, do którego trzeba podejść z cierpliwością, spokojnie czekając, aż akcja się rozwinie. Gdzie trzeba się przyzwyczaić, że nagle nic się nie miga, nie ma żadnych szaleńczych pościgów (czasem ktoś trochę pobiega, ot i tyle), a bohaterowie głównie rozmawiają. I jeśli rzeczywiście zacznie się oglądać z takim nastawieniem, z jakim się powinno siadać do czytania Draculi (gdzie tytułowego Draculi wcale aż tak wiele nie zobaczymy), to okazuje się, że to całkiem fajny serial.
Akcja zaczyna się tym, że główny bohater, Michael Colefield (Jack Davenport) – odkrywa, iż jego przyjaciel znika w noc poprzedzającą jego ślub z panną, w której potajemnie kocha się Michael. Próbując odkryć, co stało się z kumplem, Michael trafia na tajny oddział, zajmujący się eliminacją wampirów przy użyciu szeroko pojętych metod naukowych (powiedzmy, że bardziej pseudo-science). Trójka dzielnych muszkieterów, walczących z wąpierzami, to żołnierz Vaughan Rice (Idris Elba), lekarka Angela March (Susannah Harker; dodatkowego smaczku nadaje fakt, że przodkiem aktorki był gość który zainspirował Stokera do stworzenia postaci Jonathana Harkera) oraz ksiądz, o. Pearse J. Harman (Philip Quast, powód, dla którego w ogóle dokopałam się do tego serialu). Do akcji wchodzą również osobiste motywacje i komplikacje każdego z bohaterów. Co ciekawe, w serialu ani razu nie pada słowo „wampir”, używane jest tylko określenie „Kod Pięć” (zapisywane rzymską piątką). Krwiopijcy, bo tożsamość serialowych antagonistów nie pozostawia cienia wątpliwości, pracują nad uzyskaniem syntetycznej krwi, rzekomo aby przestać stwarzać zagrożenie.
Fabuła… ma potencjał. Jest sporo ciekawych pomysłów, naprawdę. I bohaterowie nie są jednoznaczni. Ci dobrzy wcale nie są krystaliczni, a ci źli czasem wydają się mieć dobrą motywację (a jeszcze lepsze gadane, ale to mają obie strony). Trochę brakuje mi mocniejszego zarysowania relacji oryginalnej trójcy z anty-wampirzego teamu (nie licząc głównego bohatera), którzy – jak serial sugeruje – znają się już od jakiegoś czasu. Szkoda, że tej znajomości za bardzo nie widać. Widać coś jedynie pomiędzy panią doktor a księdzem, ale właściwie trudno określić co to jest. Z fabuły wynika, że przyjaźń; jeśli się dobrze wpatrzyć – a przy akcji pędzącej w takim tempie na łeb na szyję dopatrywałam się dziesiątego dna we wszystkim – z gry aktorów wynikać by mogło, że jednak jest tam coś więcej. Żałuję, że nie było tego w fabule, mógłby być naprawdę ciekawy wątek (tak, to da się zrobić tak żeby nic nie było ale było). Był zamiast tego zasugerowany wątek Angela/Vaughan, tzn. głównie z jego strony, ale oni mi jakoś zupełnie do siebie nie pasowali.  No i – scenariuszu i książce wszystko należy maksymalnie skomplikować, rozumiecie…
Jest kilka ciekawych dialogów. Jest kilka naprawdę dobrych tekstów.
Przykładowo:
- Zawsze jest wybór. Nie mogą zmusić cię do zrobienia czegoś, czego nie chcesz.
- Nie. Zmuszają cię do robienia tego, co chcesz.

Jest parę dobrych scen. Jest nawet odrobina humoru, pod różnymi postaciami i podana nie wprost, bo np. w zupełnie poważnej scenie, gdzie dwie strony układu przekazują sobie spopielonego wampira, okazuje się, że wampir ten przechowywany jest w termosie. Albo wywiad lekarski przy okazji badania o. Harmana przez dr March:
- Stres w pracy?
- Przecież to praca biurowa.

Inne kwiatki to:
- Wszyscy jesteśmy częścią tego samego ekosystemu, czy ci się to podoba czy nie.
- Ekosystemu? Chciałeś powiedzieć: łańcucha pokarmowego.

Albo np. rozmowa po badaniu złapanego wąpierza:
- Jak tam pacjent?
- Nadal martwy.

Bohaterowie są specyficzni, i na pewno nie każdemu się spodobają. Ale obsada daje radę. Zresztą, tak zazwyczaj jest w zagranicznych serialach, gdzie w przeciwieństwie do polskich cała obsada przynajmniej *próbuje* grać. Najlepsi zdecydowanie byli: Corin Redgrave - główny wąpierz z ostatnich odcinków, pani doktor, no i Quast, ale po nim akurat się niczego innego nie spodziewałam. Z młodym, znaczy się z Jackiem Davenportem, mam jeden problem – dykcja, cholera, dykcja… nie poznałby jej chyba nawet jakby na niego wpadła. Nie zrozumiałam gdzieś z jednej trzeciej tego co mówił, coś tam przeżuwał pod nosem i tyle.
Muzyka… dziwna, ale właściwie pasuje do sposobu narracji. Chociaż nie powiem, żeby należała do czołówki soundtracków dziesięciolecia.
Efekty specjalne są niespecjalne, ale do przeżycia. Jest też trochę czerwonej farby, na szczęście nie leje się z ekranu hektolitrami. I większość tych w domyśle bardziej drastycznych scen – no właśnie, pozostaje w domyśle – stara, dobra szkoła.
Są jeszcze zupełnie dla akcji nieistotne, ale urocze detale, typu dyskietka z danymi – dyskietka! ach, wspomnień czar! – czy komórka z antenką. Oraz magnetowid i kasety ^^
Serial jest specyficzny, to na pewno. Ale przy wysypie obecnej sparklącej wampirzej tudzież innej nadprzyrodzonej tandety, która atakuje z każdego serialowego kanału telewizyjnego (aż dziw bierze, że z lodówki na razie jeszcze nie), ten serial osiąga wyżyny intelektualne i aktorskie. I odwołuję wszystko złe co kiedyś o nim napisałam. I w połowie szóstego odcinka odkryłam, co jeszcze mi się w tym serialu podoba. Te wąpierze nie są jak „boski Edward” (tfu!), nie sparklą, nie są idealne, nie są przezaje-… no, wiadomo, o co chodzi. Nie są cool, jazzy i w ogóle nic takiego. Ani nie są super mroczne jak Dracula. Są zwyczajne, prawie dokładnie jak ludzie. Choć jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę.
Ogólnie, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, wrażenia po dokładnym obejrzeniu całości są zaskakująco pozytywne :)

PS Mój Word namiętnie poprawiał mi „wąpierz” na „wypierz”. Chyba muszę nauczyć go nowego słowa.

Bazylia

| 2011-10-03 | skomentuj (1)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Dopóki Ziemia wiruje wciąż…

Tłumaczenie, znaczy się. Tzn. starałam się zrobić to sama, ale jako że znam dwa inne tłumaczenia polskie i jedno rosyjskie to pewnie i tak nie uniknęłam jakiegoś mimowolnego zapożyczenia.

Mesdames et Messieurs, tłumaczenie Modlitwy F. Villona.

Dopóki Ziemia wiruje wciąż, dopóki światło trwa,
Racz, Panie, dać każdemu, czego najmniej w życiu ma:
Tchórza obdaruj koniem, dla mędrca rozum miej
Szczęśliwych obdarz złotem… I o mnie pamiętać chciej.

Dopóki Ziemia wiruje wciąż – Twój ją porusza gest!
Daj władzy temu co jej tak bardzo spragniony jest,
Dla szczodrych choć dzień jeden, choć wieczór wytchnienia miej,
Daj Kainowi skruchę… I o mnie pamiętać chciej.

Wiem to: Ty możesz wszystko, i wierzę w mądrość Twą,
Jak martwi żołnierze wierzą, że w Raju żywi są,
Jak każde ucho wierzy słodyczy Twoich słów,
Jak sami sobie, nie znając jutra, wierzymy Tobie znów!

Panie, mój słodki Boże, Zielonooki mój!
Póki wiruje Ziemia wciąż, zdumiona przez obrót swój,
Póki ognia i czasu wystarcza jeszcze jej,
Daj każdemu po troszeczku… I o mnie pamiętać chciej.

Nie próbuję nawet równać się z wersją, którą śpiewał Okudżawa.

Bazylia

| 2011-10-02 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Lans +200

Z dedykacją dla Vesper XD

Poskładałam się ze śmiechu. W kostkę chyba. (Pełny tekst piosenki na youtubie, po zapoznaniu się z nim jest jeszcze zabawniej.)
To mniej więcej coś w porównywalnych klimatach do The Saga Begins Yankovica albo Danio – metoda na głoda za czasów Tańca Wampirów.

Wiecie, jest coś uroczego w tym, jak kiedyś byliśmy… napiszę „pogięci”, ale to jest dość daleko idący eufemizm ;) Na same wspomnienia nadal składam się ze śmiechu, pomimo dodatku mentalnego facepalma. No cóż, ale każdy musi mieć swój Zalew, swoje czytanie książek pod podręcznikami do odrabiania lekcji i swoje kołeczki z atestem. Oh, wait... Jak to nigdy nie mieliście kołeczków?

Bazylia

| 2011-09-30 | skomentuj (2)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Jak ja cholernie tęsknię za czasami liceum.



Bazylia

| 2011-09-27 | skomentuj (2)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."






Warszawski weekend

I na szczęście tylko weekend na razie. (Już niedługo…)
Zwiedzanie z Kłopotami, różnych rzeczy :) Powązki między innymi.

Nie wiedziałam że jesienią Powązki są takie piękne. Ja ogólnie, choć to dziwnie zabrzmi, lubię stare cmentarze. Tam się da poczuć taki naprawdę niesamowity spokój, jak nie z tego świata.

Poza tym, również między innymi, był teatr, mianowicie Les Misérables w Romie. Dla mnie powtórka. I teraz wyraźnie widzę że jednak należy to oglądać kiedy się nie ma porównania z niczym. Przez cały spektakl miałam nadzieję że może jakimś cudem się zmaterializuje obsada z koncertu na dziesięciolecie musicalu, ale niestety nie. Ogólnie nie było źle, ale trzy osoby które ogólnie prezentują dobry poziom i przyzwyczaiłam się już, że to solidna firma (Steciuk, Dziedzic, Mroziński), jakoś tym razem nie w formie. A pani (nazwisko litościwie pominę) która grała dorosłą Cosette to nie mam pojęcia jakim cudem tam śpiewa; te najwyższe dźwięki w jej wykonaniu były traumatyczne. I zupełnie na nowo doceniłam całą beznadziejność polskiego tłumaczenia oraz spłycenie tekstów.

Idę w ramach terapii oglądać pierwszy odcinek czwartego sezonu Mentalisty ^^ Recenzja poprzednich trzech sezonów wkrótce.

Bazylia

| 2011-09-26 | skomentuj (0)

"Śmiej się z bliźniego swego jak z siebie samego."
"Uwielbiam poranki... szkoda tylko, że są tak wcześnie."
"There's a blaze of light in every word..."







Pamiętałka

*wpisz się*
*przeglądaj*


Archiwa

2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
2009
kwiecień
2008
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec


*Perfidna autoreklama*
rysunki, zdjęcia i inni
grafomaństwo rozmaite
szaleństwa z Movie Makerem


*Znajomi*
Vesper, Nietoperz Wielu Talentów
galeria Kwizara
Selene, Władczyni Kredek
Kaja i jej fotki
fotografie Czary-Mary
LosAnnas, elfik z cyfrówką
Miya i jej "opko"
Brenna - wiersze (ang.)


*Książkowo*
"Królowa Deszczu"
J.R.R. Tolkien
Terry Pratchett
Jules Verne
"Diuna"
Michelle Moran
Philippa Gregory


*Muzycznie*
Andrea Bocelli
Josh Groban
Philip Quast
Placido Domingo
Alfie Boe
Il Divo
Steve Barton
Loreena McKennitt
Eimear Quinn
Hayley Westenra
Sarah Brightman
Hans Zimmer
Kitaro
Brian Tyler
Aled Jones
eRa
Within Temptation
Enya
Leonard Cohen
The Tolkien Ensemble


*Filmowo*
Gladiator
Agora
Miss Potter
Stowarzyszenie Umarłych Poetów
Uwierz w ducha
Gran Torino
Generał Nil
Gwiezdne Wojny
Dzieci Diuny
Władca Pierścieni


*Serialowo*
Babylon 5
Mentalista


*Ulubione*
Filmweb
Project Gutenberg - książki online
Ling.pl - słownik
Internet Movie Database
Fanfiction.net
J.W. Waterhouse - malarstwo
Teatr Wielki
Insimilion - twierdza cRPG
Heroes III
Zwłoki forum upiorno-musicalowego
Forum PTJV


*Humor*
Lista Postanowień Wszechwładcy Wszelkiego Zła (ang.)
Movie Mistakes
Przyczajona Logika, Ukryty Słownik
Rodzynki studenckie - posmak prawdziwego studenckiego życia
Kotburger (uwaga! grozi cuteness overloadem!)
Demotywatory
YAFUD - tekstowe demotywatory
Piekielni (nie tylko klienci)


*Skarbiec pisaka*
Behind the name - kopalnia imion...
...i nazwisk


Tagi
"takie tam" angielski bazie przemyślenia blog crpg czytanie fanfiction fotografia francuski gry głupotki humor itemy jacques brel języki obce książki les miserables letnie impresje literatura loreena mckennitt mentalista musical muzyka nędznicy okudżawa paris paryż philip quast pisanie pisanina poezja recenzje rock-opera seriale star wars stolyca studia teatr tennyson the bucket list tolkien ensemble tłumaczenia ultraviolet verne victor hugo wakacje wielkanoc wieści z bazogrodu wiosna życzenia bożonarodzeniowe







tekstura: Wojtar
brushe: Scully7491
zdjęcie i szablon: Bazylia